| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Inny ja
Reklama dźwignią handlu
Mecze na żywo
Najgłupsze notki
Sportowe blogi i serwisy
Sportowe filmy
EURO 2012
Tagi

Wpisy z tagiem: euro 2012

wtorek, 08 maja 2012

Mierzyli się wszyscy, pora bym i ja się zmierzył z tym problemem. Szczególnie że od kilku dni próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie postawione w tytule i chyba wciąż nie potrafię. A może po prostu odpowiedź jest przewrotna i Koko nie jest ani spoko ani niespoko?



Kilka faktów jest niezbitych. Wyboru piosenki ani kadry nie oglądałem. Nie z powodu bojkotu, ot tak samo wyszło. Mignęło mi tylko kilka ujęć wśród których były słynne już na cały kosmos Jarzębiny. Pomyślałem sobie, że to taka część programu artystycznego TVP i nawet do głowy mi nie przyszło, że piosenka startuje w konkursie. Folklor, babcie w zapaskach, wieś tańczy i śpiewa. Tym większe było moje zdziwienie, gdy Koko zwyciężyło zostawiając w pokonanym polu m.in. Feela i Wilki jakieś.

Nie miałem wtedy wątpliwości, że to obciach i kolejna Eurożenuła. Zarzuciłem piosenkę na Mundialowo i zawezwałem do jej hejterzenia.

Zanim pojawiły się pierwsze komentarze przyszła refleksja. Że przecież to nie jest takie do końca beznadziejne, że wpada w ucho, że mimowolnie sobie Koko nucę (nucę do tej pory, ale sam już nie wiem czy to dlatego, że wpadło mi w ucho, czy po prostu trudno się od niej uwolnić i jest wszędzie). A potem były komentarze pod "Hejtnotką", z których wynikało, że nie ma co hejterzyć i nie ma co udawać, że się wyżej sra niż dupę ma. Nie zdziwiły mnie, bo zacząłem podzielać tę opinię.

Niezależnie jednak od wszystkiego z Koko problem jest. A właściwie to dwa poważne. Pierwszy taki, że to tak naprawdę najgorszy z możliwych wyborów piosenki na Euro, jakiego telewidzowie mogli dokonać. Z prostego powodu - bo choć dość łatwo tego wyboru obronić i zawsze znajdzie się ktoś, kto racjonalnie poprze Jarzębinki, to piosenka i wykonawczynie dają w zasadzie nieograniczone możliwości demoto i jutubowotwórcze. Załóżmy, że wygrałby Feel. Pokręcilibyśmy nosami, że piosenka smętna i że Polacy nie potrafią pisać piosenek i koniec. Przyzwyczaiła nas do tego Eurowizja. A Koko? Tutaj można się czepiać wszystkiego od przaśności po zmartwienie czy aby wszystkie sympatyczne panie dożyją do turnieju. No i mamy to co mamy - od tygodnia nie mówi się o niczym innym, a na każdy głos obronny pojawiają się cztery nowe filmiki na YT i pięćdziesiąt demotów na kwejkach, mistrzach i innych pierdach. I, kurczę, nie sposób się z nich nie śmiać. Gdyby choć można było powiedzieć, że to żałosne, ale nie. Sporo z nich autentycznie śmieszy i trafia w sedno.

Ale to i tak pikuś w porównaniu z drugim poważnym problemem z Koko, która, jakby nie było, jest piosenką piłkarską, czyli z założenia zagrzewającą do walki. Nie kibiców, bo oni kibicować potrafią bez lat treningów, ale piłkarzy, którzy na murawie mają zostawić serce i przynajmniej jedno płuco. Dawno już temu Woody Allen powiedział, że nie może za dużo słuchać Wagnera, bo od razu ma ochotę najechać na Polskę. I to chyba idealna definicja piosenki piłkarskiej/sportowej/łotewer. O co chodzi bardzo łatwo sprawdzić. Wystarczy puścić sobie bez dźwięku Rocky'ego biegnącego po ulicach Filadelfii. Nuda.



Wyobraźmy sobie teraz 85 minutę trzeciego meczu Polaków na ME. Remisujemy 0:0, musimy wygrać, żeby przejść dalej. Oddychamy rękawkami. Lewandowski stoi podparty o kolana i próbuje znaleźć oddech. Dał już z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej, ale wie, że musi wytrzymać te 5 minut plus czas doliczony. Wytrzymać i do tego strzelić bramkę (no bo przecież nie Brożek...:P). Zamyka oczy, a nagle w uszach zaczyna mu dźwięczeć kokokokoeurospoko... Zapomnijcie o trzech punktach w tym meczu, no chyba, że w żyłach Roberta płynie trochę gruzińskiej krwi i potrafi się zmobilizować jak Sakaszwili słysząc "Gruzinie chwyć za miecz". No tak, tamta muzyka nie porywała, ale przynajmniej tekst był bojowy. A w Koko? Poracha na całej linii. Zamiast motywować - demotywuje. "Wygrać im się uda, ucieszy się Smuda". No tak, nawet stare baby wiedzą, że jesteśmy tak beznadziejni, że gola możemy strzelić tylko przypadkiem. Nie mowiąc już o tym koszmarnym według mnie "doping dajmy". Wiele rzeczy można dać, łącznie z dupą, ale na pewno nie doping.

Dlatego już chyba mam dobrą odpowiedź na pytanie z tytułu. Koko jako przyśpiewka/pioseneczka jest spoko. Ale jako piosenka piłkarska spoko już nie jest.

PS. Od kilku dni w necie furorę robi oficjalna europiosenka reprezentacji Irlandii. Także folkowa.



97% komentarzy jej dotyczących brzmi w ten deseń: "tak się to powinno robić! proszę, można zrobić na ludowo i bez obciachu!". W warstwie tekstowej się zgadzam, ale i tak mam ochotę krzyknąć: ludzie, weźcie nie krochmalcie, bo szkoda słuchać! Jaki folk ma Irlandia, a jaki Polska? Żaden wybór między oberkiem, a Bogurodzicą nie byłby dobry. Co za tym idzie to nie z piosenką jest coś nie tak, a z tym, że jak na złość telewidzowie postawili na folk. A przecież mogli na jakiegoś rapera. Już widzę te rapujące trybuny...

wtorek, 02 sierpnia 2011

Fotki z wczoraj. Więcej po kliknięciu w obrazek:



Tagi: euro 2012
11:54, quentiin , Różne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2011



O tym, że właśnie dzisiaj (24 lipca AD 2011) Stadion Narodowy otworzy swoje podwoje dla społeczeństwa dowiedziałem się jakiś tydzień temu. No i już wiedziałem, że żal nie skorzystać z okazji.

O tym, że wiele osób pomyślało tak samo jak ja przekonałem się już na przystanku tramwajowym pod domem. Było trochę po dziesiątej (czyli godziny rozpoczęcia zwiedzania), a na przystanku przynajmniej połowa osób ruszała w +/- godzinną drogę na Narodowy. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się takiego pospolitego ruszenia. Po przyjeździe pod stadion okazało się, że w jego okolicy czekają tłumy. - Widzisz, Asiek - rzuciłem do Aśka - co najmniej 3/4 z tych wszystkich ludzi tutaj, gdy w telewizji widzi piłkę nożną to krzyczy, żeby przełączyć na serial.

Mimo sporej rzeszy ludzi kolejka w stronę Stadionu i z powrotem poruszała się sprawnie i w zasadzie nie było żadnego problemu z dostaniem się na betonową płytę. No może tylko pod koniec. Później, gdy tłum trochę zgęstniał, pewnie było trochę ciaśniej, ale w okolicach 11 nie było na co narzekać.

O samym Stadionie w zasadzie nie ma co pisać - wszystko widać na zdjęciach. Fajnie było się poprzechadzać między wystawami i telebimami, popstrykać fotki ku pamięci, posłuchać paru wywiadów i wyjść. Frajda na maks pół godziny. To nie żaden minus - po prostu, stadion jest do grania w piłkę/oglądania tego grania. A co do samego Stadionu to szczerze powiedziawszy myślałem, że jest większy, ale też trudno oceniać bez możliwości wejścia na najwyższy poziom trybun i ogarnięcia całości stamtąd. Na pewno będzie jeszcze ku temu okazja.

Oprócz oglądania z płyty można było sobie zasiąść w jednym z sektorów, ale kolejka do tego była zbyt długa i nie chciało mi się w niej stać.

Reasumując - przyjemna atrakcja na niedzielne południe, ale jeszcze fajniej będzie, jak Stadion już zostanie ukończony. A do tego to jeszcze trooochę brakuje.

Czas na foty. Foty (c) ja i Asiek :)






















Fotki i troszkę tekstu dorzucę później, na razie filmik marnej komórkowej jakości.



poniedziałek, 11 października 2010