| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Inny ja
Reklama dźwignią handlu
Mecze na żywo
Najgłupsze notki
Sportowe blogi i serwisy
Sportowe filmy
EURO 2012
Tagi

Filmy

niedziela, 04 sierpnia 2013

O "Będziesz legendą, człowieku" było głośno odkąd tylko ten tytuł pojawił się w świadomości kinomanów i kibiców. Wybitny dokumentalista Marcin Koszałka dostał zgodę na towarzyszenie Reprezentacji Polski w trakcie przygotowań do EURO 2012 i już podczas trwania turnieju. Ze swoją kamera miał wjazd wszędzie, łącznie z gabinetami masażystów czy prywatnymi pokojami piłkarzy. Jednym słowem: żyć nie umierać. Wygramy - będzie świetny dokument. Przegramy - będzie świetny dokument.

Niestety te nieograniczone możliwości okazały się właściwie niepotrzebne. Bo zamiast dokumentu o EURO jest dokument o Damienie Perquisie (największy wygrany ME - załapał się do kadry dzięki polskim korzeniom i jeszcze film o nim nakręcono!), a Koszałka, co dziwi choć nie powinno, sięgnął do swoich korzeni i wybitnego "Takiego pięknego syna urodziłam" kręcąc w zasadzie jego sequel. Czarnym charakterem filmu jest ojciec piłkarza, a najważniejszym morałem jest płynąca z jego zapłakanej twarzy rada, żeby Damien kochał swoje dzieci czy coś w ten deseń. No super.

Dodany na drugiego bohatera Wasyl pojawia się zupełnie przypadkowo jak wyrzut sumienia reżysera, który przypomniał sobie, że o EURO miał film zrobić.

Dokumenty ż rządzą się swoimi prawami i nie ma nic dziwnego w tym, że reżyser nie wybrał drogi na skróty, której wielu mogłoby się spodziewać. Mógł przecież zrobić wywiad z Natalią Siwiec i pobić się na moście z ruskimi kibicami. Byłoby to mniej ambitne, ale może ciekawsze od zlepku różnych randomowo wybranych scen połączonych nic nie wnoszącymi do filmu kiepskimi animacjami. Zaskakujące, że w ogóle znalazł się dla nich czas w tym krótkim przecież, bo 75-minutowym filmie. Epokowe wydarzenie bez precedensu w polskim sporcie, a tu animki.

Koszałka stara się odbrązowić żywot piłkarzy, który powszechnie wydaje się być "życiem jak w Madrycie". Dużo zarabiają, nic nie robią, finał. Nie. Tutaj snują się pustymi korytarzami hotelowymi, odbijają (samotnie, a jakże) piłkę w odrapanych pomieszczeniach przypominających kanały (te sceny to po EURO już chyba nakręcono, bo nie wierzę, żeby w trakcie turnieju reżyser ciągał Wasyla po takich miejscach), mają różne głębokie przemyślenia podkreślane dobitnymi kurwami. Niestety, średnio przekonywujące to dla mnie (poza tymi kurwami), jakby na siłę za pomocą metafor i wyciszonego tumultu trybun do pojedynczych odgłosów sapania konkretnych piłkarzy (nieźle ktoś się musiał bawić dubbingując Karagounisa) chciał zrobić kolejny diament polskiej szkoły dokumentu. Niestety, wiadomo, że życie piłkarzy aż tak beznadziejne nie jest i proszę nas nie zmuszać do tego, żeby im współczuć tej mordęgi niewątpliwie jaką było dla nich EURO i w ogóle kariera piłkarska. Perquis to tutaj prawdziwe dziecko wojny - połamana ręka, skopany, wyszydzany przez masażystów - no dramat! W przeciwieństwie do kolegów z reprezentacji, którzy jeśli się pojawiają to grają na konsoli. Ale nie pasując do ogólnie przyjętej narracji szybko i bez słowa znikają.

A jak już coś mówią to narzekają, że Tytoń się wypromował broniąc karnego. Nikt wam nie bronił wypromować się strzelając po trzy gole, c'nie?

Zawiodła Reprezentacja, zawiódł Koszałka. Taki sam film by nakręcił i bez zgody na przeszkadzanie piłkarzom w przygotowaniach. Wystarczyło łazić z kamerą za Grzegorzem Lato i już byłby dużo lepiej.

22:39, quentiin , Filmy
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 15 października 2012

"Jestem pewien, że Itso zrobił karierę, bo dostawał ode mnie po uchu. No i miał talent. Nie można dać cieśli piłki i lać go regularnie po łbie. Nie zostanie dobrym piłkarzem".

Trochę siedzę już w stolicy, ale jakoś do tej pory - bez żadnego konkretnego powodu - omijałem Warszawski Festiwal Filmowy. W tym roku - bez żadnego konkretnego powodu - postanowiłem to zmienić i zaatakować z grubej rury. I choć ludziska narzekają, że z oferty festiwalowej nie ma co wybrać, to ja póki co nie narzekam i na razie dokonałem samych słusznych wyborów (chwila na oklaski). Mniej lub bardziej, ale słusznych. Obym dalej miał takiego cela.

"Stoichkova" byłem pewny, bo cóż może być niefajnego w dokumencie o ikonie bułgarskiej piłki? Dokumenty lubię, piłkę nożną lubię - można iść w ciemno. I, nie trzymając dłużej w napięciu, miałem rację. 9/10

Przy okazji "Stoichkova" przekonałem się, że publiczność festiwalowa to publiczność wysmakowana i zorientowana. Jest w filmie taka scena dotycząca meczu bodajże ME pomiędzy Bułgarią i Hiszpanią, w którym sędzia nie uznał prawidłowo zdobytego gola przez bohatera naszego filmu. Piłkarze narzekają, że gdyby nie sędzia to mecz ułożyłby się inaczej. Pomstują, że ślepy, bo przecież spalonego nie było. No i pokazują powtórkę akcji, moment podania, a wśród otaczającej mnie _żeńskiej_ publiczności pomruk: "nooo, nie było spalonego!" ;)

Jakość publiczności potwierdzają też dwa króciutkie fragmenty, w których na ekranie mignął Jose Mari Bakero. Obydwa skwitowane serdecznym śmiechem.

Sam film skierowany jest raczej dla piłkarskiej publiczności i zdecydowanie lepiej ogląda się go znając przedstawione w nim mecze i sytuacje (np. słynny gol z eliminacji MŚ w meczu z Francją nie do końca dobrze został nakreślony - kto go nie pamięta, nie do końca zrozumie, jaka była to sytuacja), ale i olewając na co dzień piłkę nożną można chyba uznać seans za udany. Głównie dlatego, że jest w tym filmie sporo humoru serwowanego przez głównego bohatera, jak i jego kolegów czy w końcu zwykłych kibiców ("pamiętam jak zawiesili go za nadepnięcie sędziego; powinien mu jeszcze kopa sprzedać!" rzucone z rozbrajającą szczerością przez leciwą fankę Barcelony). No i przede wszystkim sama historia jest ciekawa - droga młodego i zadziornego chłopaka z Bułgarii prosto na piłkarskie salony. Opowieść to barwna i wciągająca.

Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że podobny dokument można by nakręcić o Wojtku Kowalczyku. Prawie. A prawie robi dużą różnicę. Wszystko w historii obydwu piłkarzy w zasadzie zgadza się co do joty (nawet zabawowe piłkarskie pokolenie też jest) z tą różnicą, że Stoichkov osiągnął dużo, dużo więcej. Ale czy w filmie kandydaci na przyszłe gwiazdy futbolu znajdą odpowiedź na pytanie: co sprawiło, że Itso dotarł o wiele dalej niż Kowal? Chyba nie, ale to nie jest zmartwienie tego filmu.

Pełno w filmie migawek z najlepszymi akcjami Stoichkova począwszy od meczów bułgarskiej ligi, pełno wspomnień kolegów ze złotej (choć czwartej na świecie) reprezentacji, pełno miejsc, w których wychowywał się Stoichkov - zaglądamy do szatni biednych bułgarskich klubów, jak i do szatni Barcelony - całość opowiedziana w takim imprezowym bałkańskim stylu.

Jedna rzecz mi tylko nie pasowała - aktor z ulubionego filmu Stoichkova, jego idol z młodości. Starszy już pan odwiedza na początku piłkarza i słucha jego przemyśleń na temat filmu i życia. Widać, że nic nie kuma i nie ma nic do powiedzenia poza finałową mądrością. Mogli sobie go darować.

15:19, quentiin , Filmy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 lipca 2012

(via Q-Blog) Wpadł mi w łapy zupełnym przypadkiem i nie mogłem tak po prostu zignorować tollywoodzkiego filmu o piłce nożnej.

Szkoła w małej wiosce. Uczniowie na co dzień zajmują się psoceniem, a trzech z nich nałogowo grywa w piłkę (stoją w trójkącie i całymi godzinami nieporadnie podają sobie piłkę od nogi do nogi). Wraz z nowym rokiem pojawia się w szkole nowy nauczyciel Telugu, który w chłopakach widzi potencjał na kolejnego znanego indyjskiego sportowca (a trzeba wiedzieć, że Indie mają ich gdzieś tak z dziesięciu). Namawia ich by spróbowali swoich sił i dostali się do młodzieżowej drużyny okręgu. Niestety podczas naboru wychodzi na wierzch cała niesprawiedliwość systemu szkolenia i trener zajęty swoimi sprawami nie zauważa potencjału chłopców powołując do drużyny miernoty po znajomości. Nasz nauczyciel Telugu, sympatyczny grubasek, rzuca wyzwanie skorumpowanemu trenerowi - zorganizuje swoją drużynę i równo za miesiąc nakopie drużynie okręgu. Rozpoczynają się mordercze treningi.

"Lagaan" toto nie jest, zapewniam.

Słabiutki film, czerpiący garściami z klasycznej formuły filmu sportowego i dorzucający przy okazji garści swoich formuł, czyli Pana Komedię (taki "dowcipny" aktor wprowadzający element komediowy do każdego filmu - Panów Komedia jest trzech na cały Tollywood, czyli jeden średnio gra w 100 filmach rocznie), odbieganie od sedna sprawy i marnowanie czasu ekranowego, który skurczony jest do zaledwie dwóch godzin z kawałkiem, a i tak dłuży się jakby trwał trzy razy dłużej. Piosenki? Tak, są piosenki, ale przecież w "Rockym" też są piosenki :P

Po obejrzeniu filmu dokładnie wiadomo, dlaczego Indie są na szarym końcu rankingu FIFA - nie znaleziono do "Ramadamdu" nikogo kto by choć trochę umiał grać w piłkę. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać z piłkarskich umiejętności aktorów, a nadtrener pokazujący jak powinno się trafić w piłkę po prostu rulez. Finałowy mecz to zresztą też nieustanna beka. Myślę, że jak powstanie sequel, to przez cały film będą się tym razem uczyć robić wślizg, skoro potrafią już trafić w piłkę.

Obejrzałem, byście Wy już nie musieli oglądać, ale jakby ktoś chciał się pośmiać to niech zaczyna od intermission (połowa filmu), bo przed nie ma nic, co by mogło się spodobać normalnemu człowiekowi :) 4/10. Po przerwie jest lepiej. Można np. zobaczyć, że jednak Indie z Polską coś łączy:


No i indyjski Tsubasa też jest:

PS. Dla wtajemniczonych jest tu sporo smaczków kinowo-indyjskich, przede wszystkim "Magadheera"-owych.

Tagi: Azja
16:49, quentiin , Filmy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lutego 2012

[via Q-Blog] Niespodziewane aczkolwiek spodziewane miłe zaskoczenie. Niespodziewane, bo po zwiastunie nie dawałem z tego co pamiętam szans temu filmowi, a spodziewane, bo od dawna docierały do mnie głosy, że to bardzo fajny film jest. I tak się zbierałem i zbierałem, żeby osobiście się przekonać jak jest naprawdę, aż w końcu się przekonałem. Pomogła... podróż z MRQ do Wawy i koleś, który siedział obok mnie i oglądał to na lapku. Wkurzyłem się, bo trudno nie zerkać i byłbym przez to zerkanie (choć rzadkie) pół filmu rozkminił, a w takiej sytuacji nie byłoby już go sensu oglądać. Dobrze, że podróż była krótsza niż film, bo pewnie końcówkę bym dojrzał, choć na wszelki wypadek wyszedłem z przedziału parę minut przez Centralną... Wspaniała historia, co? :P Jaka by nie była - postanowiłem nie kusić dłużej losu i obejrzeć film. Bo najprostsze rozwiązania są zawsze najlepsze.

Mówi się, że najbardziej podobają nam się historie, które już znamy. I tak jest w przypadku "Warriora", który opowiada tę samą historię co dziesiątki innych filmów sportowych. Na szczęście nikt nie stara się tu udawać, że jest inaczej przez co znajdziemy wstawki i dotyczące "Rocky'ego" (Mick i Paulie) i np. "Krwawego sportu" (czołg nie oddaje ciosów; choć tu akurat stawiam na czysty przypadek). No tak, "Warrior" właśnie z nich czerpie pełnymi garściami. I choć drugim "Rockym" nie jest, to i tak ogląda się go dobrze i przyjemnie. A nie jest drugim "Rockym" choćby dlatego, że jeśli ktoś uważa historię Rocky'ego za wiarygodną (oparta luźno na prawdziwej historii zresztą), to "Warrior" jest przynajmniej dwa razy bardziej nieprawdopodobny. Mówmy szczerze - to zupełna bajka od początku do końca.

Dwóch braci, których drogi życiowe rozeszły się dawno temu na wskutek ojca pijaka terroryzującego rodzinę, są na dobrej drodze do spotkania po latach. Pierwszy pojawia się znikąd i zaczyna nachodzić ojca, który od 1000 dni nie pije. Drugi ma kłopot - jeśli nie spłaci bankowi czegoś tam, to za miesiąc zabiorą mu dom i jego duża rodzina zostanie na bruku. Obaj, utalentowani zapaśnicy z młodości, postanawiają wziąć udział w megawypasionym turnieju MMA o tytuł najlepszego zawodnika mieszanych sztuk walki na całym świecie i okolicach.

No to znacie już cały film w zasadzie. Nie, nie opowiedziałem go do końca, ale z pewnością jesteście w stanie wyobrazić sobie jego przebieg. Nie szkodzi jednak, bo nie jest to zwykła napieprzanka, a dramat obyczajowy, dzięki czemu, jak podejrzewam, tyle pochlebnych opinii o nim. W tym także moja.

"Warrior" to coś pomiędzy "Zapaśnikiem" a "Krwawym sportem". Nie tak poważny jak "Zapaśnik" i nie tak widowiskowy jak "Krwawy sport". Reżyserowi udało się zgrabnie połączyć nawalankę w klatce z szarym amerykańskim życiem z kredytem na dom i powojenną tematyką przez co, mimo nieprawdopodobnej historii, łatwo jest się utożsamić z bohaterami i im kibicować. Trochę może tylko żałuję, że pokazane w nich walki nie były troszkę bardziej widowiskowe, ale to nie ma żadnego wpływu na ostateczną ocenę. Po prostu pan reżyser musiał uznać, że w filmie z artystycznym zacięciem choreografia walk rodem z "Undisputed 2 i 3" będzie nie na miejscu i skorzystał z szybkiego montażu, nagłych najazdów kamery, ujęć z oddali, telewizyjnych przebitek itp. Takie jego święte prawo, filmu to nie zepsuło. Po prostu gdyby ktoś chciał popatrzeć na widowiskową napieprzankę to nie tutaj, bo, jak już rzekłem, to sportowy dramat obyczajowy (no i z drugiej strony walki MMA wyglądają tu bardziej realistycznie, więc nie wiem czemu "narzekam").

Do cockerspanielowatego spojrzenia jednego z braci do końca nie mogłem się przekonać, ale za to warto słówko wtrącić o drugim, granym przez Toma Hardy'ego, który za chwilę już będzie pewnie jedną z największych gwiazd kina. I słusznie. 8/10

PS. Trochę za bardzo kuleją tu wszyscy bez wyjątku przeciwnicy naszych braci w wielkim turnieju. Nawet ruski nie jest wcale taki straszny, a reszta to już w ogóle trzecie tło (a nie wspomnę już, że Najmana nie było, co przy takiej randze turnieju jest nieprawdopodobne :) ). Szkoda, aż się prosiło o Bolo Yeunga.

10:20, quentiin , Filmy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 sierpnia 2011

Crossover z Q-Bloga w końcu po coś mam tu kategorię "Filmy", a zakładka "Sportowe filmy" już dawno się kurzy.

"Senna" ["Ayrton Senna: Beyond the Speed of Sound"]

(...) Dokument o jednym z najwspanialszych kierowców Formuły 1 wszech czasów (a może i najwspanialszym). W 100 minutach (jest też do dorwania wersja ponad dwugodzinna) streszczona została nie tylko jego wyścigowa kariera, ale i dane nam jest również poznanie od kuchni zarówno mechanizmów rządzących wyścigami w tej ich złotej dekadzie, jak i samego kierowcy od strony prywatnej.

Film to znakomity, najlepszy dokument, jaki widziałem od dawna. Polecić go można także osobom, które nie interesują się ściganiem, bo choć ściganie stanowi większą część filmu, to jednak przedstawione ono zostało w o wiele szerszym kontekście niż tylko pisk opon. Rywalizacja, antypatie, polityka, sport... wraz z filmem przenosimy się w skąpane deszczem i słońcem tory wyścigowe, na których tworzy się historia.

Idąc za banałem - to życie pisze najlepsze scenariusze. Szkopuł w tym, że trzeba je jeszcze dobrze przenieść na ekran. "Senna" to często ściskający za gardło przykład tego, jak takie przenosiny powinno się robić. 10/10.



PS. Ze sportowych filmów dodałem jeszcze właśnie do zakładek:
Wszystko płynie [Allt flyter]
Zostać legendą [Legendary]
Ich własna liga [A League Of Their Own]
Tin Cup
Fighter [The Fighter]
Wielki Mike [The Blind Side]

17:54, quentiin , Filmy
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7