| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Inny ja
Reklama dźwignią handlu
Mecze na żywo
Najgłupsze notki
Sportowe blogi i serwisy
Sportowe filmy
EURO 2012
Tagi

Moim okiem

niedziela, 17 listopada 2013

Dawno mnie tu nie było, bardzo dawno. Tak dawno, że nawet nie będę sprawdzał jak dawno, żeby się nie przerazić. A teraz jestem, bo poczułem dziwną chęć podzielenia się paroma laickimi opiniami na temat startu Adama Nawałki w roli selekcjonera kadry. A właściwie to jedną laicką opinią.

Mój stosunek do kadry niewiele się zmienił od czasu wpisu "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało". Zasadniczo podczas meczów reprezentacji nie odczuwam już żadnych emocji i można nawet powiedzieć, że oglądam je tylko dla beki. A nawet nie to, bo zwykle jednym okiem patrzę, a drugim robię co innego. Postawa niegodna kibica, napisałby na twitterze Klich, ale mam to głęboko w nosie. Dostaję marny produkt, którego nie chce się oglądać, więc traktuję go zupełnie bezemocjonalnie i bez zrozumienia dla biednych, uciskanych przez kibiców piłkarzy. A na trybunach pewnie też bym gwizdał. Z tą różnicą, że mi szkoda kasy na oglądanie takich widowisk. Pogwizdać mogę sobie w domu.

Ale nie o tym miało być.

W kadrze pojawił się nowy selekcjoner, który wzbudził powszechną nadzieję na to, że u niego nie będzie opieprzania się, grania na pół gwizdka i unikania gryzienia trawy. Może nie będzie wyników, ale chłopaki oddadzą serce dla kadry. Budujące, ale jest jedno ale - żeby się nie opieprzać i harować przez 90 minut trzeba mieć końskie zdrowie. Tak samo jak trzeba mieć końskie zdrowie do takiego grania, jakie serwuje nasza reprezentacja w ostatnich meczach, także tym ze Słowacją już za Nawałki. A taktyka w nich była z grubsza taka sama.

Wiadomo, Polska to kraj 40 milionów selekcjonerów, z których każdy zna się na piłce najlepiej. Liczne wywiady, analizy w programach telewizyjnych itp. próbują nas przekonać, że trenerem nie można być oglądając mecz w telewizorze. Na trenerce trzeba się znać, zjeść zęby na taktyce, wylać na treningach litry potu setek zawodników i zauważać niuanse taktyczne, których przysłowiowy Janusz nie dostrzeże. Wszystko fajnie, ale znów, dlaczego ci trenerscy specjaliści w kadrze sprawiają wrażenie, że nie mają pojęcia o najprostszych rzeczach (polski piłkarz to człowiek, który się męczy), a taktyka przez nich przygotowana jest identyczna i zupełnie na przekór tym najprostszym rzeczom?

W skrócie można ją określić tak: od pierwszych minut rzucamy się pressingiem na przeciwnika i nie dajemy mu nawet dychnąć w rozgrywaniu piłki. Biegamy za przeciwnikiem, uprzykrzamy mu życie, kopiemy po kostce, gdy trzeba i z pressingu natychmiast przechodzimy do ataku z obowiązkowym użyciem skrajnych obrońców. Koniec standardowej taktyki Polaków w ostatnich meczach.

Tylko teraz dwie sprawy. Ta taktyka jest fajna, gdy uda się w tych pierwszych minutach strzelić gola. Wtedy po meczu jest szansa na brylowanie w wywiadach, że taktyka okazała się słuszna, z analizy przed meczem wynikało, że rywal stłamszony łatwo się gubi, a szybko zdobyta bramka ustawi cały mecz. Drużyna wykonała tę genialną taktykę wzorowo, a kibice przed 90 minut bez przerwy śpiewali na trybunach Mazurka Dąbrowskiego wstawiając w miejsce Dąbrowskiego nazwiska polskich reprezentantów. Po zdobyciu bramki przeszliśmy do ukochanego przez Polaków kontrataku i 90 minut cudu, miodu i orzeszków... Co jednak, gdy w pierwszych minutach meczu, mimo biegania i wściekłego pressingu nie uda się strzelić gola? Tu pojawia się drugi z ww. problemów - wytrzymałość i kondycja. A naszym piłkarzom z uporem maniaka zaczyna jej brakować już w 30 minucie spotkania. I jeśli do tej pory nie prowadzimy, to potem prawie pewne, że przegrzmocimy.

Dlaczego więc nasi pod kolejnymi trenerami grają tak samo (z taktycznych nowinek ulubionych od lat przez naszych selekcjonerów jest jeszcze mityczna wymiana pozycji, czyli zamiana prawego pomocnika z lewym i vice versa)? Bez głowy rzucają się na przeciwnika, gra i owszem, momentami wygląda imponująco, ale potem ktoś wyjmuje wtyczkę z prądu. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Wykonawców mamy jakich mamy i żaden trener z przeciętnych piłkarzy nie zrobi Zlatanów. Ale żeby choć spróbować to zrobić trzeba zastosować taktykę ustawianą pod naszych piłkarzy, a nie piłkarzy ustawiać pod taktykę. Szczególnie ze taktykę już dawno zdartą. Taktykę: "Wypruć się po 30 minutach". 

sobota, 23 marca 2013

Ulubiona piosenka polskich kibiców po raz nie wiadomo już który rozbrzmiewa od wczoraj sarkastycznie od najmniejszych wsi po największe miasta. Jak dla mnie, nigdy wcześniej nie była aż tak bliska prawdy jak teraz. Jak dla mnie.

Nie dlatego, że uważam iż naszych kopaczy trzeba wspierać i podnosić na duchu. Poklepywać po plecach i czyścić im korki, żeby nie musieli się schylać. Mówić "nie martwcie się, jutro będzie lepiej" i dorzucić kaski, żeby sobie mogli pierwszą klasą Dreamlinerem do domku wrócić (pun intended). Nie dlatego. Powód, dla którego "Nic się nie stało" brzmi mi dzisiaj jak hymn jest prosty - rzeczywiście nie czuję się jakby coś się stało. Jeszcze niedawno emocjonowałem się meczami naszych i wkurwiałem po porażkach. Miałem ochotę wypunktować na gorąco laickim okiem co wg mnie było źle i natrząsać się ze wszystkich grajków i każdego z osobna. Wskazywać, że gdzieś powinien zagrać ktoś, a ten co zagrał nie ma honoru, bo ja na jego miejscu bym harował. A wczoraj nic. Porażkę z Ukrainą przyjąłem z nieznośną lekkością bytu, a pierwsza połowa w wykonaniu obu zespołów dostarczyła mi niebywałej wprost rozrywki. Dalej uważam, że to jedna z najbardziej szalonych i rozrywkowych połów piłkarskiego meczu, jaką kiedykolwiek widziałem. A w połowie drugiej bardziej było mi żal tego, że już nie ma rozrywki, a jest tylko leniwe dobijanie koni. Bynajmniej nie porażki przekreślającej nasze szanse na awans gdziekolwiek.

Od wczoraj kraj wrze. Internet się śmieje, kibice żartują z dupy Koseckiego, tzw. eksperci szukają winnych porażki i punktują co było nie tak. Dostaje się trenerowi, dostaje się piłkarzom, dostaje się prezesowi, a w końcu dostaje się też PZPN-owi. Dostaje się wszystkim równo i zapewne do końca zgrupowania nie przestanie. W jakim celu? ja się pytam. Czy nagle Błaszczykowski i spółka staną przed kamerami i powiedzą "Jesteśmy beznadziejni, wstyd nam, zarobki z ostatniego miesiąca oddajemy na fundację Maciuś", a kibice im wybaczą? NIE. Trener Fornalik dozna olśnienia z zasłoniętych dla nas wczoraj dachem niebios i zmontuje drużynę, która zacznie wygrywać mecz za meczem? NIE. Kołtoń i Kowalczyk zostaną współselekcjonerami i pod ich fachowym okiem żaden zasługujący na grę piłkarz już nie zostanie w domu? NIE. Okaże się, że ligowcy z Podbeskidzia i innych Koron są lepsi od naturalizowanych Francuzów i Niemców, których nie chcą nawet do reprezentacji Niemcy 7? Nie. Obraniak i Lewandowski przed kamerami pocałują się siarczyście i wyznają sobie dozgonną miłość? KURWA, NIE!

To co robić? Nie robić nic. Zostawić tę reprezentację samą sobie i niech w niszy ciszy za pieniądze PZPN (bez sponsorów, żeby nie przypominali o nich w przerwach reklamowych między "M jak Miłość", a "Tomasz Lis na żywo") próbuje wrócić do dawnej świetności. Nie mędzić mendzić im, nie interesować się nimi, olać, nie wysyłać dziennikarzy na zagraniczne zgrupowania, żeby śledzili każde ich kopnięcie w trybuny, nie zazdrościć zarobków (trzeba było zostać piłkarzami skoro to takie proste; są jelenie, którzy chcą im płacić, to piłkarze byliby kretynami, gdyby powiedzieli: "nie, chcemy grać za średnią krajową"), nie zadawać w kółko tych samych pytań, na które odpowiadają w kółko tymi samymi banałami (wystarczy wziąć wypowiedzi przed i po meczu takiego Błaszczykowskiego, wstawić między nie dowolny przerąbany mecz z ostatnich lat i zaręczam - będą pasować jak ulał), zignorować całkiem. Może westchną "uff, w końcu spokój, można bez strachu przegrywać i wracać do lig, gdzie zapierdalać trzeba", może nagle zacznie im brakować natrętnych dziennikarzy, na których non stop się irytują (jeśli za coś podziwiam Błaszczykowskiego to za siłę, którą potrafi w sobie znaleźć, żeby w kolejnych wywiadach nie powiedzieć tego, co leży mu na kapitańskim sercu, czyli swojskiego, żołnierskiego: SPIERDALAJCIE!), może nie zmieni się nic - obojętne. Ważne, że my będziemy zdrowsi, spokojniejsi, bardziej uśmiechnięci i mili dla otoczenia.

A jak z tej ciszy i zapomnienia coś się urodzi, selekcjoner poukłada wszystko jak należy, bo będzie mógł sobie bez strachu przed publicznym linczem układać ile wlezie, a piłkarze znajdą się nie wiadomo gdzie, lub sobie ich wychowamy od małego - i wtedy ta reprezentacja dobrze zagra 10-15 meczów z rzędu, to może, może wtedy zasłużą sobie znowu na naszą uwagę.

Bo oczywiście możemy narzekać, przeklinać, wyśmiewać się, atakować, kpić, pomstować tak jak to robimy teraz, ale przykro mi, to akurat nie zmieni nic. 

niedziela, 30 września 2012

Czasem, choć nie zawsze, fajnie jak ktoś człowieka opieprzy. Tak jest w tym przypadku - dwie połajanki pod moim adresem w temacie braku kolejnego odcinka "Sportowego Tygodnia" sprawiły, że poczułem się przyjemnie. Ktoś to czyta, wow, ktoś na to czeka. Fajnie, warto było się poopieprzać :)

Najłatwiej byłoby zwalić sprawę na brak ciekawych wydarzeń sportowych, które przykuły moją uwagę w minionym, khhhmmm, tygodniu. I taka byłaby prawda, bo chyba EURO, a zaraz po nim IO sprawiły, że stałem się wybredniejszy, jeśli chodzi o śledzenie tego, co w trawie piszczy. Największe wydarzenie okresu bez wydarzeń - Liga Mistrzów - ani mnie ziębi ani grzeje, a meczów ligowych oglądać mi się wciąż nie chce. Prawda jest jednak też taka, że najzwyczajniej w świecie się blogowosportowo opieprzałem. Bo przecież dwa słowa spokojnie już dawno mogłem napisać.

Spójrzmy lepiej na to, co za nami, zanim przydługo wstępować. Otóż za nami trochę ciekawych wydarzeń w futbolu i raczej nic poza tym. Przynajmniej nie z mojego punktu widzenia.

Wydarzenie najważniejsze skomentowałem już odpowiednim filmikiem z Hitlerem. Święcie nam panujący Grzegorz Lato odpowiedniej liczby głosów do ubiegania się o reelekcję nie otrzymał, a co za tym idzie postanowił "honorowo" wycofać się z wyścigu o fotel prezesa. Po całym kraju dały się słyszeć odgłosy radości i kamieni spadających z szyi. I co teraz? Zaczniemy wygrywać w piłkę nożną, bo Lato ustąpił? Nie, nie zaczniemy. Bo on w piłkę nie kopał. Ci co kopali kopią nadal i raczej wszystko wskazuje na to, że zmiana prezesa nie zmieni nic. A jeśli zmieni to na gorsze - z Laty można się było przynajmniej pośmiać. Z nowego prezesa - no chyba, że wybiorą Zdziśka - nie będzie okazji do tego, by to zrobić. Nie ma się więc co przesadnie cieszyć, taki to morał z tej historii.

A już za pasem mecz z Anglią. Podobno lubimy grać w październiku i czasem, rzeczywiście, potwierdza się to śliskie założenie. Niestety jest też inne założenie, że z Anglią grać nie umiemy. Wychodziłoby więc na to, że będzie remis, ale to oczywiście wielkie science-fiction optymisty. Oczywiście, można przerzucać się argumentami potwierdzającymi to, że mamy szansę na dobry wynik, ale - nawet jeśli to prawdziwe argumenty - Anglia to Anglia i już. Może zdarzyć się właściwie wszystko, a najbardziej prawdopodobne jest to, że znów dostaniemy w dupę i zapali się czerwona lampka widma długich lat bez meczu o stawkę. Potrzebna do tego, żeby z nowym prezesem i wciąż nowym trenerem odnowić polską piłkę reprezentacyjną? Tego najstarsi górale nie pamiętają.

Ale może akurat na Anglię obudzi się Lewandowski i będzie git? Lepszej okazji do reprezentacyjnego przebudzenia nie będzie. Robert, który od długiego czasu wciąż skomle w kierunku Manchesteru United, w meczu z Anglią będzie miał najlepszą możliwość do pokazania swoich umiejętności w zderzeniu z angielską myślą szkoleniową. Na razie trochę trudno w to uwierzyć, bo wciąż nie odnalazł formy (wczoraj przesiedział mecz ligowy na ławce, ale nie ma z tego co wyciągać żadnych daleko idących wniosków), ale w ten sposób najlepiej zamknąłby usta krytykom, którzy piszą, że skomle do Manchesteru :) Wcześniej jednak Liga Mistrzów, którą Borussia zaczęła w tym roku szczęśliwiej. Lepiej nie, bo zagrała kolejny słaby mecz, ale szczęśliwiej, bo wygrała dzięki bramce Roberta zresztą. Trzymam kciuki, żeby Lewandowski coś strzelił, tak samo mocno jak trzymam kciuki za to, żeby w końcu przestał robić sobie jaja w sprawie kontraktu z klubem Dortmundu. Bo aż tak wielką (wzrost nie ma znaczenia) gwiazdą nie jest.

No i to chyba tyle. Dodatkowo fajnie, że mecze repry wróciły do TVP. Ja tam się cieszę, bo fanem jakości marki Sopcast nie jestem, a Szpakowskiego niezmiennie lubię. 

środa, 12 września 2012

Po igrzyskach i po EURO bieda na Mundialowie straszna. Tak długiej przerwy między jednym wpisem a drugim nie pamiętają najstarsi górale. Nic nie dzieje się przypadkiem ani zwalić na co nie mam takiego stanu rzeczy - po prostu wychodzi na to, że mniej interesuję się sportem niż kiedyś, a jeśli mam ochotę na jakiś komentarz to raczej ograniczam się do krótkiej "k...y" rzuconej w telewizor w trakcie oglądania meczu itp. A potem swojej frustracji nie chce mi się już przenosić na bloga.

Stan ten zresztą trwa już od dłuższego czasu, a to co zmieniło się ostatnio to fakt, że nie zamierzam już wrzucać "notek" w postaci filmików z jutuba z kolejnym jakże zabawnym wydarzeniem sportowym. Dodając dwa do dwóch - na blogu dziura. I muszę przy okazji wyznać, że kiedyś myślałem, że blogi takie jak te Michała Pola czy Rafała Steca psują "blogosferę", bo przecież jak coś jest pisane przez dziennikarza (często na prikaz rednacza) to siłą rzeczy nie może być blogiem. A dodatkowo zajmują miejsca amatorom pisania, którzy sprawiają, że blogi są tym, czym są wg definicji i którzy nierzadko wkładają w swoje pisanie całą swoją pasję, a w podsumowaniach typu "blogerzy piszą o meczu" znaleźć się nie mogą, bo przed nimi jest kolejka kolegów z pracy autora takiego zestawienia. I całkowicie zdania nie zmieniam, ale teraz myślę dodatkowo, że jednak ww. Panowie etc. zasługują na szacunek, bo tak regularnie i z sensem (mniejszym lub większym) pisać o sporcie to jednak jest sztuka. Spróbować mógłbym robić tak samo, ale wiem, że rady bym nie dał... Dobra, to się wytnie, bo odbiegam od tematu i nie wiadomo czy się żalę czy co :)

Do meritum. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał to zamknięcie Mundialowa i powiedzenie "sayonara". To w grę nie wchodzi i takiego zagrożenia nie ma. Muszę jednak wobec tego wymyślić jakiś sposób, żeby blog nie leżał odłogiem i straszył brakiem aktualizacji od miesiąca. No i pomyślałem, że takie sportowe podsumowanie tygodnia mogłoby być rozwiązaniem problemu. Zamiast ładować filmik za filmikiem lepiej napisać coś raz a dobrze. "Rzadko, ale z klasą" jak mawiała żona Marcusa (wiecie, z jakiego to filmu? ;) )

I od razu mówię, takie podsumowania obejmą jedynie wydarzenia, które mnie zainteresowały w danym tygodniu ("tydzień" to określenie umowne - może trwać tydzień, ale może też trwać trzy dni). Czyli równie dobrze mogą dotyczyć jednego wydarzenia, bo tyle przyciągnie moją uwagę. I nie będą to jedyne wpisy na blogu, coś między nimi na pewno też będzie.

Kurde, jaki długi wstęp. Już mi się nie chce nic dalej pisać :)

Do meritum2. Najważniejszym wydarzeniem tygodnia był niewątpliwie początek eliminacji do brazyliskich MŚ i pierwsze trzy punkty polskiej reprezentacji w meczu o stawkę od bodajże trzech lat. Założenia minimum wypełniliśmy, mamy cztery punkty i oddech potrzebny na zebranie sił przed październikowym meczem z Anglią. Gdyby udało się nam go wygrać...

Na razie nadziei na zwycięstwo dużych nie ma. Trener Fornalik miota się między jedną taktyką a drugą i zdecydować się nie może. Polska drużyna momentami wygląda bardzo słabo i czasem trzeba się zastanawiać, jaką oni w ogóle dyscyplinę uprawiają, bo na piłkę nożną to nie wygląda. We wczorajszym meczu z Mołdawią jedynie ostatnie minuty wyglądały jakotako, ale - wbrew telewizyjnemu komentarzowi - wg mnie spowodowane to było raczej faktem zmęczenia się przeciwników niż naszą poprawą gry. Jakby nie było - i tak niepokojem musi napawać fakt, że nawet Mołdawianie potrafili momentami zagrać tak, jak naszym nie wychodzi. Poklepali z pierwszej piłki, podawali koledze piętką pod pressingiem itp. To mnie zawsze zastanawia, że przeważnie w grze naszych przeciwników - jacy by nie byli - widać, że coś robią na treningu. U nas prawie nigdy.

Jakby tego było mało - atmosfera w kadrze ciekawa na pewno nie jest. Błaszczykowski wyszedł do dziennikarzy i zaczął kłapać dziobem na Obraniaka zamiast powiedzieć mu to prosto w twarz. Dla mnie nie jest to dowodem na nic dobrego. I nawet jeśli Obraniak gra w kadrze piach, to jeszcze nie powód, żeby bawić się w Pana Kapitana przed kamerami telewizji. Zresztą, cała Dortmundzka Trójka robi się coraz bardziej problematyczna. I o ile Błaszczykowskiego bronią gole i asysty, to Lewandowski przestaje mieć cokolwiek na swoją obronę (Piszczek z Mołdawią wypadł przyzwoicie, ale z takim przeciwnikiem...). Pisałem jakiś czas temu, żeby spróbować zagrać bez owej Trójki, ale wychodzi na to, że to fajny pomysł chyba tylko w idealnym świecie założeń co-by-było-gdyby. W rzeczywistości nie widzę, żeby ich potencjalni zmiennicy chcieli zagryźć trawę na śmierć byle tylko dobrze wypaść. No chyba, że nie dostali w ogóle powołań.

Całości obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia to nieszczęsne PPV, o którym nawet pisać się nie chce. W przypadku naszej obecnej reprezentacji płacenie za oglądanie ich meczów to tak jakby wydać pieniądze na zbira, który ma nas pobić.

***

A wydarzeniem numer dwa był powrót Kubicy do samochodowych rajdów. I zaczęło się (choć nigdy się nie skończyło) - F1 czeka, wspaniałe zwycięstwo - wspaniały powrót, niezłomny charakter polskiego kierowcy... To wszystko prawda. Jaja trzeba mieć wielkie, żeby po takim wypadku wrócić do ścigania i nie bać się wchodzić na czwórce w zakręt. Ale do kierowania samochodem jaja nie wystarczą, potrzebne są też sprawne dwie ręce. A patrząc na rękę Roberta jestem pewny (choć nie mam o tym pojęcia i można wykorzystać ten fakt przeciwko mnie), że do F1 nigdy nie wróci. Choć jeszcze przez lata będziemy słuchać "spekulacji fachowców" i nadziei na wielki powrót. Bo to dobry temat, z którego nie warto rezygnować lakonicznym "F1 nie dla Kubicy".

Dla zainteresowanych ręka Kubicy:

czwartek, 16 sierpnia 2012

Jak już pisałem, meczu z Estonią nie widziałem, ale nasłuchałem się o nim od znajomych i rodziny wystarczająco dużo, żeby mieć o nim pojęcie. I taka myśl mi do głowy przyszła, o której nie będę się rozpisywał, bo nie mam czasu, ale jestem ciekaw co o tym myślicie?

A gdyby tak spróbować zbudować reprezentacyjną drużynę bez Piszczka, Błaszczykowskiego i Lewandowskiego. Czyli wyrwać szkielet wokół którego tworzona jest od jakiegoś czasu drużyna i zastąpić go szkieletem innym, nowym.

Na chłopski rozum to pomysł bez sensu. Mało mamy dobrych zawodników, żeby ot tak pozbywać się tych teoretycznie najlepszych. No właśnie, czy najlepszych? Na pewno spośród Polaków zagranicą, to nie podlega dyskusji. W Bundeslidze często błyszczą nie raz, nie dwa zachwycając swoimi występami i wygrywając mecze dwukrotnemu z rzędu mistrzowi Niemiec. A co w reprezentacji? Powiecie - no tak, ale w Borussii mają lepszych partnerów, mają z kim grać, a u nas? Ale może nie w tym tkwi problem, tylko w czymś innym. W prostej sprawie - że im się nie chce. I nie zmienią to pojawiający się oprócz nich w drużynie piłkarze choćby ich było nie wiadomo ilu, w każdym meczu ktoś inny.

Nie mamy obrońców, Piszczek to oddech, bo przynajmniej na prawej obronie nie trzeba nikogo szukać. Czy aby na pewno? Zagrał coś w reprezentacji ten Piszczek? Itd., itp. Gdyby przyszło kogoś z Trójki wywalić to pewnie jego byłoby najmniej żal i on pierwszy poszedłby na odstrzał.

Może i nie ma ich kto zastąpić, ale nigdzie nie jest powiedziane, że lepszym będzie piłkarz o lepszych umiejętnościach. Może po prostu lepszym zawodnikiem będzie ten, któremu się będzie chciało walczyć, gryźć trawę i zasuwać? 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 74