| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Inny ja
Reklama dźwignią handlu
Mecze na żywo
Najgłupsze notki
Sportowe blogi i serwisy
Sportowe filmy
EURO 2012
Tagi
piątek, 19 października 2012

Choć Mundialowo ma już swoje lata i wiele tematów przewijało się na przestrzeni tego czasu, to wciąż są dyscypliny sportowe, o których nie miałem okazji napisać. Jedną z takich dyscyplin są wyścigi monster trucków. I choć można się spierać czy takie wyścigi to rzeczywiście wydarzenie sportowe czy może tylko efektowna rozpierducha, to może jednak zamiast to robić, lepiej skupić się na widowiskowości takiego przedstawienia. A okazja do zobaczenia go na własne oczy nadarza się w sam raz, bo jeszcze w tym miesiącu kilkutonowe pojazdy przejadą się po łódzkiej ATLAS ARENIE i gdańsko-sopockiej ERGO ARENIE. No i mam tylko nadzieję, że dachu nie otworzą w przypadku ulewy ;) (tak, będzie na Mundialowie o meczu z Anglią, tylko najpierw drugą połowę muszę obejrzeć, bo nie widziałem - nie mówcie mi jakim wynikiem się mecz skończył!)

Gdyby ktoś jakimś cudem nie wiedział, co to te monster trucki i w której lidze grają, to już tłumaczę. Mówiąc w skrócie: monster truck to taki pick-up z wielkimi kołami. Stworzony do tego, by inne pojazdy mu nie podskakiwały (to on podskakuje po nich). Pierwszy monster truck powstał już w 1974 roku i wyglądał tak:


(fot. Wikipedia)

Potem powstały kolejne monster trucki, a w 1982 roku odbyły się ich pierwsze pokazy. Minęło 30 lat...

Jeśli chcecie zobaczyć je w akcji, a mieszkacie w Łodzi, to trzeba się pospieszyć. Już jutro najlepsze monster trucki świata rozjadą wszystko, co stanie im na drodze na Atlas Arenie. Tydzień później impreza realizowana przez największego niezależnego producenta wydarzeń sportów motorowych w USA - Monster Truck Entertainment - zawita do Gdańska. Zobaczycie niewiarygodne kilkutonowe samochody, które będą ze sobą zaciekle rywalizować podczas ekstremalnych wyścigów i zawodów freestyle. Przekonacie się na własne oczy, jak wysoko potrafią wybijać się w powietrze. Sprawdzicie co dzieje się z osobówkami, które dostaną się pod ich olbrzymie opony oraz jak szybko i swobodnie potrafią szaleć na dwóch kółkach. Natomiast motocyklowi kaskaderzy z FMX Stunt Riders zaprezentują się w zapierających dech w piersiach powietrznych akrobacjach. Sounds like fun.

20.10.2012 Łódź, ATLAS ARENA
Show godz. 14:00
Pit party 12:00-13:30 (wejście do 13:00)
Show godz. 19:00
Pit party 17:00-18:30 (wejście do 18:00)

28.10.2012 Gdańsk, ERGO ARENA
Show godz. 13:00
Pit party: 11:00-12:30 (wejście do 12:00)
Show godz. 18:00
Pit party: 16:00-17:30 (wejście do 17:00)

PS. PIT PARTY to impreza poprzedzająca główne show. Każdy, kto nabędzie bilet VIP będzie miał okazję podziwiać z bliska kultowe ciężarówki w parku maszyn.

Więcej informacji na temat imprezy i kupna biletów znajdziecie TUTAJ.



poniedziałek, 15 października 2012

"Jestem pewien, że Itso zrobił karierę, bo dostawał ode mnie po uchu. No i miał talent. Nie można dać cieśli piłki i lać go regularnie po łbie. Nie zostanie dobrym piłkarzem".

Trochę siedzę już w stolicy, ale jakoś do tej pory - bez żadnego konkretnego powodu - omijałem Warszawski Festiwal Filmowy. W tym roku - bez żadnego konkretnego powodu - postanowiłem to zmienić i zaatakować z grubej rury. I choć ludziska narzekają, że z oferty festiwalowej nie ma co wybrać, to ja póki co nie narzekam i na razie dokonałem samych słusznych wyborów (chwila na oklaski). Mniej lub bardziej, ale słusznych. Obym dalej miał takiego cela.

"Stoichkova" byłem pewny, bo cóż może być niefajnego w dokumencie o ikonie bułgarskiej piłki? Dokumenty lubię, piłkę nożną lubię - można iść w ciemno. I, nie trzymając dłużej w napięciu, miałem rację. 9/10

Przy okazji "Stoichkova" przekonałem się, że publiczność festiwalowa to publiczność wysmakowana i zorientowana. Jest w filmie taka scena dotycząca meczu bodajże ME pomiędzy Bułgarią i Hiszpanią, w którym sędzia nie uznał prawidłowo zdobytego gola przez bohatera naszego filmu. Piłkarze narzekają, że gdyby nie sędzia to mecz ułożyłby się inaczej. Pomstują, że ślepy, bo przecież spalonego nie było. No i pokazują powtórkę akcji, moment podania, a wśród otaczającej mnie _żeńskiej_ publiczności pomruk: "nooo, nie było spalonego!" ;)

Jakość publiczności potwierdzają też dwa króciutkie fragmenty, w których na ekranie mignął Jose Mari Bakero. Obydwa skwitowane serdecznym śmiechem.

Sam film skierowany jest raczej dla piłkarskiej publiczności i zdecydowanie lepiej ogląda się go znając przedstawione w nim mecze i sytuacje (np. słynny gol z eliminacji MŚ w meczu z Francją nie do końca dobrze został nakreślony - kto go nie pamięta, nie do końca zrozumie, jaka była to sytuacja), ale i olewając na co dzień piłkę nożną można chyba uznać seans za udany. Głównie dlatego, że jest w tym filmie sporo humoru serwowanego przez głównego bohatera, jak i jego kolegów czy w końcu zwykłych kibiców ("pamiętam jak zawiesili go za nadepnięcie sędziego; powinien mu jeszcze kopa sprzedać!" rzucone z rozbrajającą szczerością przez leciwą fankę Barcelony). No i przede wszystkim sama historia jest ciekawa - droga młodego i zadziornego chłopaka z Bułgarii prosto na piłkarskie salony. Opowieść to barwna i wciągająca.

Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że podobny dokument można by nakręcić o Wojtku Kowalczyku. Prawie. A prawie robi dużą różnicę. Wszystko w historii obydwu piłkarzy w zasadzie zgadza się co do joty (nawet zabawowe piłkarskie pokolenie też jest) z tą różnicą, że Stoichkov osiągnął dużo, dużo więcej. Ale czy w filmie kandydaci na przyszłe gwiazdy futbolu znajdą odpowiedź na pytanie: co sprawiło, że Itso dotarł o wiele dalej niż Kowal? Chyba nie, ale to nie jest zmartwienie tego filmu.

Pełno w filmie migawek z najlepszymi akcjami Stoichkova począwszy od meczów bułgarskiej ligi, pełno wspomnień kolegów ze złotej (choć czwartej na świecie) reprezentacji, pełno miejsc, w których wychowywał się Stoichkov - zaglądamy do szatni biednych bułgarskich klubów, jak i do szatni Barcelony - całość opowiedziana w takim imprezowym bałkańskim stylu.

Jedna rzecz mi tylko nie pasowała - aktor z ulubionego filmu Stoichkova, jego idol z młodości. Starszy już pan odwiedza na początku piłkarza i słucha jego przemyśleń na temat filmu i życia. Widać, że nic nie kuma i nie ma nic do powiedzenia poza finałową mądrością. Mogli sobie go darować.

15:19, quentiin , Filmy
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 września 2012

Czasem, choć nie zawsze, fajnie jak ktoś człowieka opieprzy. Tak jest w tym przypadku - dwie połajanki pod moim adresem w temacie braku kolejnego odcinka "Sportowego Tygodnia" sprawiły, że poczułem się przyjemnie. Ktoś to czyta, wow, ktoś na to czeka. Fajnie, warto było się poopieprzać :)

Najłatwiej byłoby zwalić sprawę na brak ciekawych wydarzeń sportowych, które przykuły moją uwagę w minionym, khhhmmm, tygodniu. I taka byłaby prawda, bo chyba EURO, a zaraz po nim IO sprawiły, że stałem się wybredniejszy, jeśli chodzi o śledzenie tego, co w trawie piszczy. Największe wydarzenie okresu bez wydarzeń - Liga Mistrzów - ani mnie ziębi ani grzeje, a meczów ligowych oglądać mi się wciąż nie chce. Prawda jest jednak też taka, że najzwyczajniej w świecie się blogowosportowo opieprzałem. Bo przecież dwa słowa spokojnie już dawno mogłem napisać.

Spójrzmy lepiej na to, co za nami, zanim przydługo wstępować. Otóż za nami trochę ciekawych wydarzeń w futbolu i raczej nic poza tym. Przynajmniej nie z mojego punktu widzenia.

Wydarzenie najważniejsze skomentowałem już odpowiednim filmikiem z Hitlerem. Święcie nam panujący Grzegorz Lato odpowiedniej liczby głosów do ubiegania się o reelekcję nie otrzymał, a co za tym idzie postanowił "honorowo" wycofać się z wyścigu o fotel prezesa. Po całym kraju dały się słyszeć odgłosy radości i kamieni spadających z szyi. I co teraz? Zaczniemy wygrywać w piłkę nożną, bo Lato ustąpił? Nie, nie zaczniemy. Bo on w piłkę nie kopał. Ci co kopali kopią nadal i raczej wszystko wskazuje na to, że zmiana prezesa nie zmieni nic. A jeśli zmieni to na gorsze - z Laty można się było przynajmniej pośmiać. Z nowego prezesa - no chyba, że wybiorą Zdziśka - nie będzie okazji do tego, by to zrobić. Nie ma się więc co przesadnie cieszyć, taki to morał z tej historii.

A już za pasem mecz z Anglią. Podobno lubimy grać w październiku i czasem, rzeczywiście, potwierdza się to śliskie założenie. Niestety jest też inne założenie, że z Anglią grać nie umiemy. Wychodziłoby więc na to, że będzie remis, ale to oczywiście wielkie science-fiction optymisty. Oczywiście, można przerzucać się argumentami potwierdzającymi to, że mamy szansę na dobry wynik, ale - nawet jeśli to prawdziwe argumenty - Anglia to Anglia i już. Może zdarzyć się właściwie wszystko, a najbardziej prawdopodobne jest to, że znów dostaniemy w dupę i zapali się czerwona lampka widma długich lat bez meczu o stawkę. Potrzebna do tego, żeby z nowym prezesem i wciąż nowym trenerem odnowić polską piłkę reprezentacyjną? Tego najstarsi górale nie pamiętają.

Ale może akurat na Anglię obudzi się Lewandowski i będzie git? Lepszej okazji do reprezentacyjnego przebudzenia nie będzie. Robert, który od długiego czasu wciąż skomle w kierunku Manchesteru United, w meczu z Anglią będzie miał najlepszą możliwość do pokazania swoich umiejętności w zderzeniu z angielską myślą szkoleniową. Na razie trochę trudno w to uwierzyć, bo wciąż nie odnalazł formy (wczoraj przesiedział mecz ligowy na ławce, ale nie ma z tego co wyciągać żadnych daleko idących wniosków), ale w ten sposób najlepiej zamknąłby usta krytykom, którzy piszą, że skomle do Manchesteru :) Wcześniej jednak Liga Mistrzów, którą Borussia zaczęła w tym roku szczęśliwiej. Lepiej nie, bo zagrała kolejny słaby mecz, ale szczęśliwiej, bo wygrała dzięki bramce Roberta zresztą. Trzymam kciuki, żeby Lewandowski coś strzelił, tak samo mocno jak trzymam kciuki za to, żeby w końcu przestał robić sobie jaja w sprawie kontraktu z klubem Dortmundu. Bo aż tak wielką (wzrost nie ma znaczenia) gwiazdą nie jest.

No i to chyba tyle. Dodatkowo fajnie, że mecze repry wróciły do TVP. Ja tam się cieszę, bo fanem jakości marki Sopcast nie jestem, a Szpakowskiego niezmiennie lubię. 

wtorek, 25 września 2012
czwartek, 13 września 2012