Blog > Komentarze do wpisu

Polskie Problemy Olimpijskie, Odcinek 15

Odnoszę nieodparte wrażenie, że tegoroczne tłumaczenia naszych po porażkach są mniej urozmaicone niż cztery lata temu (albo mniej sprawę śledzę). Ale za to PPO daje nam po dupie na tylu różnych płaszczyznach. To już nie tylko wiatr, który zawiał akurat o 13:03, gdy na rozbiegu była polska tycz... zawodniczka.

Zobaczmy, co tam nas jeszcze ominęło.

***

Nie sposób nie zacząć od wczorajszego epizodu MMA, który wyszedł na światło dzienne w okolicach przegranych eliminacji na 4x400 metrów mężczyzn. Eliminacje już same w sobie były dramatyczne, bo raz nie byliśmy w finale, za chwilę byliśmy, a za kolejną chwilę znów nas w nim nie było (niestety, nie mieliśmy w składzie biegacza o sztucznych nogach, który zapewniłby nam finał bez konieczności ukończenia półfinału). A potem okazało się, że dwóch biegaczy ze sztafetowej ekipy pobiło się ze sobą w wiosce olimpijskiej... Trener Lisowski co prawda zapewnił, że ten incydent nie miał żadnego wpływu na wynik biegu, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej scementował zespół, ale...

Oddajmy głos naocznym świadkom:

Kamil Budziejewski zaatakował 18-letniego juniora Patryka Dobka. - Rozmawiałem o tym z Patrykiem. Mówił, że został zaatakowany przez Budziejewskiego, kiedy chciał skorzystać z jego łazienki, bo u Patryka nie było wody - opowiadał klubowy trener Dobka Krzysztof Szałach. - Chciał się wykąpać, ale do łazienki wpadł Budziejewski i kazał mu... Nie będę używał brzydkich słów, ale kazał mu opuścić łazienkę. Patryk coś odpowiedział i wtedy Budziejewski się na niego rzucił. Zaczął go nawet dusić - mówi Szałach.

Trener Dobka, wiadomo, może być nieobiektywny. Posłuchajmy więc jak to profesjonalne zajście wyglądało z punktu widzenia Budzejewskiego:

Lekkoatleta łódzkiego AZS ze szczegółami opowiedział Łódź.sport.pl jak wyglądało zajście w wiosce olimpijskiej: - Atmosfera w ekipie była napięta już od obozu w Spale. Nikt jeszcze dokładnie nie wiedział kto pobiegnie w sztafecie i na jakiej zmianie. Trener utrzymywał tę informację do samego końca. Każdy z nas chciał wystartować. Patryk Dobek często podkreślał, że jest wicemistrzem świata juniorów i to jemu automatycznie należy się start w sztafecie. Ja twierdziłem, że zależy to od decyzji trenera. Zachowania Patryka stawały się coraz bardziej prowokacyjne. Po przylocie czekał nas sprawdzian na londyńskim stadionie rozgrzewkowym. Pokazałem się w nim z dobrej strony, zajmując drugie miejsce. Mój młodszy kolega był ostatni. Gdy byliśmy już w wiosce olimpijskiej, sytuacja się zaostrzała było więcej nerwów i niewiadomych. Była już noc, gdy Patryk wszedł do łazienki, która należała do mojego pokoju. Dlatego zwróciłem mu uwagę, że mógłby zapytać, czy może z niej skorzystać. Patryk odpowiedział coś, czego nie zrozumiałem. Stanowczo poprosiłem więc, by to powtórzył. Wtedy dużo wyższy ode mnie Patryk stanął naprzeciw mnie, pochylił się i oparł swoje czoło o moje. I cóż... Doszło do szarpaniny. Po dosłownie kilku sekundach opuścił mój pokój.

Jestem złośliwy, więc zacytuję jeszcze fragment maila, który Budzejewski przysłał do redakcji lodz.sport.pl:

- Byłem reprezentantem Polski na Igrzyska w Londynie. Nadal się nim czuję. Dzień w którym dowiedziałem się o uzyskaniu olimpijskiej kwalifikacji był najszczęśliwszym dniem w moim życiu. To było ukoronowanie mojej 15-letniej ciężkiej pracy na treningach, życia na walizkach, rezygnacji z normalności.

A cytuję to po to, by przypomnieć o pewnej teorii, która krąży tu, tam i siam. Teorii wg której celem polskiego sportowca nie jest dobry występ na igrzyskach, tylko uzyskanie kwalifikacji na nie.

***

Budzejewskiego i Dobka trudno będzie pobić (nomen omen) pod względem najkrótszego występu na igrzyskach. Wynik 0 sekund robi wrażenie nawet na mnie, który za najkrótszy występ na igrzyskach uznał jakiś czas temu kilkunastosekundowy występ jednego z pływaków. Pomyliłem się, polski sportowiec bowiem potrafi! Zanim jednak doszło do bójki osiągnięcie pływaka postanowił poprawić płotkarz Artur Noga. Na drodze do półfinału stanęła mu noga (nomen omen), a raczej jej kontuzja ułamek sekundy po starcie.

Kontuzja, ludzka rzecz, ale wspominam o Nodze z jeszcze jednego powodu, o którym za chwilę.

***

Nadzieja matką głupich - powiadają. Nadzieja umiera też ostatnia, toteż do końca wierzyliśmy, że w finale biegu na 800 m. zobaczymy przynajmniej jednego z polskich biegaczy. Niestety, ani Kszczot ani Lewandowski do finału nie dobiegli. Nie pomogły treningi w Afryce i hasanie z gazelami. Nogi nie niosły.

- Wydawało się, że bieg układa się po mojej myśli, ale, jak się okazało, nie do końca. Wszystko wskazywało, że w półfinale będzie lepszy czas, tak jednak nie było - mówił Kszczot. - Problem w tym, że pobiegłem na maksa i nie przyniosło to jednak wyniku. Nie wiem, co się stało, nogi ewidentnie nie chciały mnie ponieść - dodał.

A Lewandowski tylko brzydko zaklął.

***

Klął nie tylko on. Klął też trener Anny Rogowskiej, Jacek Torliński.

Miał powód. Jego podopieczna i żona w jednym spaliła wszystkie trzy próby na wysokości 4,45 i zakończyła finał tyczki zanim się na dobre rozpoczął. Była ostatnia. Dlaczego? To już wiemy, jej List Otwarty już tu był. Nie było zaś jej kolejnej deklaracji:

- W tym sezonie już nie będę skakała chcę podreperować zdrowie. Kontuzje mnie nie omijały, jeszcze dwa miesiące temu myślałam, że w ogóle nie przyjadę do Londynu - mówi Anna Rogowska.

Przejechać się na igrzyska nie szkodzi, frajda nie do powtórzenia przez cztery lata. A że z kontuzją... Nic więc dziwnego, że Rogowska swoim występem dołączyła do ekskluzywnego polskiego Klubu Trzech Prób, w którym towarzystwo ma zacne. Jest w nim mistrz świata w skoku o tyczce Paweł Wojciechowski, Murowany Polski Kandydat Do Złota Robert Dołęga, Czarny Koń Polskiego Młota Paweł Fajdek, a także Karolina Tymińska, która zakończyła siedmiobój przed czasem paląc trzy próby w skoku w dal.

***

A skoro o Marcinie Dołędze, to warto popsioczyć troszkę na taktykę, która w podnoszeniu ciężarów dała złoto Adrianowi Zielińskiemu, a Dołędze medal odebrała zupełnie. Wszystko rozumiem, Dołęga obudzony w nocy dźwigał ciężar, do którego trzy razy podchodził na igrzyskach, więc dlaczego miał od niego nie zaczynać. Ale skoro rywale mu nie zagrażali (skończyli już dźwigać, gdy zaczynał) to dlaczego nie można było zacząć od jakiegoś bezpieczniejszego, lżejszego ciężaru, a potem w dwóch pozostałych próbach szarżować? Dołęga obiecał, że nie będzie kozaczył, ale mnie to jednak wyglądało na kozaczenie... Choć z drugiej strony skoro w niższej kategorii wagowej większy ciężar dawał złoto niż w kategorii Dołegi... Cóż.

- Nie nadaję się do ciężarów, zawaliłem - w tak surowych słowach ocenił swój start Marcin Dołęga. - Nie miałem czucia w rękach. Przy wstawaniu sztanga ciągnęła mnie do przodu. Zakładaliśmy z trenerem, że trzeba zacząć spokojnie, bowiem przy wycofaniu Rosjan jest szansa wywalczyć krążek. I gdyby się wszystko ułożyło, medal byłby bez problemu. Dużo Polaków na mnie liczyło, a ja chciałem pokazać, że stać mnie na ten medal. Dałem ciała. Dla was dziennikarzy 190 kg to olbrzymi ciężar, ale nie dla mnie. Na ostatnim zgrupowaniu w Spale nie spadło mi żadne podejście. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Raz zaliczyłem 200, trzykrotnie 195 i niezliczoną ilość razy 190 kg. Byłem w szoku, trener też się dziwił - to wszystko w wieku 30 lat. Na sprawdzianach uzyskiwałem 190 w rwaniu i 225 w podrzucie z uśmiechem na twarzy.

***

Kończąc ten odcinek wróćmy jeszcze na chwilę do Nogi, a konkretniej do Jerzego Skuchy (nomen omen) prezesa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.

- Są też niestety tacy zawodnicy, którzy uzyskali kwalifikację na igrzyska, jednak już w Londynie niczego nie pokazali. Nie chcę teraz wymieniać nazwisk, bo jeszcze nie czas na to, ale przyznaję, że mam do nich żal. Odebrali stroje olimpijskie, prawdopodobnie doskonale zwiedzili wioskę i całą okolicę, a na bieżni walki nie podjęli - powiedział. - Po tym co pokazali Renata Pliś (42. miejsce w eliminacjach na 1500 m - PAP) i Artur Noga (zszedł z bieżni tuż po starcie na 110 m ppł - PAP) to wiem, że nie powinni byli tu przyjeżdżać. Zarówno ja, jak i dyrektor sportowy, domagaliśmy się od lekarza i trenera każdego z nich, jakby legalizacji, że oni są co prawda po kontuzji, ale prezentują niezłą formę. I myśmy je otrzymywali. Czuję się więc trochę wprowadzony przez nich w błąd. Renata ukończyła wyścig, ale w słabym stylu, a Artur praktycznie nie podjął rywalizacji. Dobrze znam Artura i jego szkoleniowca i tym bardziej mi przykro, że nie powiedzieli tydzień temu "nie zdążyliśmy wrócić po kontuzji, nie jedziemy". Takie przypadki nie powinny się zdarzać. 

piątek, 10 sierpnia 2012, quentiin
Polskie Problemy Olimpijskie, Odcinek 15 Polskie Problemy Olimpijskie,lekkoatletyka,podnoszenie ciężarów,Igrzyska Olimpijskie 2012



Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/08/10 18:55:02
ten artykul powienien zostac przeczytany przez Ani Mru Mru lub inna grupe satyryczna i powienien powstac ciekawy odcinek... zaloba po prostu co sie dzieje na IO :)
-
2013/11/14 11:41:32
Oby przed mistrzostwami świata w siatkówce nie było takich problemów. Należy naładować baterie słoneczne i trenować i ogarnąć logistykę by nie było siary.