Blog > Komentarze do wpisu

Warrior


[via Q-Blog] Niespodziewane aczkolwiek spodziewane miłe zaskoczenie. Niespodziewane, bo po zwiastunie nie dawałem z tego co pamiętam szans temu filmowi, a spodziewane, bo od dawna docierały do mnie głosy, że to bardzo fajny film jest. I tak się zbierałem i zbierałem, żeby osobiście się przekonać jak jest naprawdę, aż w końcu się przekonałem. Pomogła... podróż z MRQ do Wawy i koleś, który siedział obok mnie i oglądał to na lapku. Wkurzyłem się, bo trudno nie zerkać i byłbym przez to zerkanie (choć rzadkie) pół filmu rozkminił, a w takiej sytuacji nie byłoby już go sensu oglądać. Dobrze, że podróż była krótsza niż film, bo pewnie końcówkę bym dojrzał, choć na wszelki wypadek wyszedłem z przedziału parę minut przez Centralną... Wspaniała historia, co? :P Jaka by nie była - postanowiłem nie kusić dłużej losu i obejrzeć film. Bo najprostsze rozwiązania są zawsze najlepsze.

Mówi się, że najbardziej podobają nam się historie, które już znamy. I tak jest w przypadku "Warriora", który opowiada tę samą historię co dziesiątki innych filmów sportowych. Na szczęście nikt nie stara się tu udawać, że jest inaczej przez co znajdziemy wstawki i dotyczące "Rocky'ego" (Mick i Paulie) i np. "Krwawego sportu" (czołg nie oddaje ciosów; choć tu akurat stawiam na czysty przypadek). No tak, "Warrior" właśnie z nich czerpie pełnymi garściami. I choć drugim "Rockym" nie jest, to i tak ogląda się go dobrze i przyjemnie. A nie jest drugim "Rockym" choćby dlatego, że jeśli ktoś uważa historię Rocky'ego za wiarygodną (oparta luźno na prawdziwej historii zresztą), to "Warrior" jest przynajmniej dwa razy bardziej nieprawdopodobny. Mówmy szczerze - to zupełna bajka od początku do końca.

Dwóch braci, których drogi życiowe rozeszły się dawno temu na wskutek ojca pijaka terroryzującego rodzinę, są na dobrej drodze do spotkania po latach. Pierwszy pojawia się znikąd i zaczyna nachodzić ojca, który od 1000 dni nie pije. Drugi ma kłopot - jeśli nie spłaci bankowi czegoś tam, to za miesiąc zabiorą mu dom i jego duża rodzina zostanie na bruku. Obaj, utalentowani zapaśnicy z młodości, postanawiają wziąć udział w megawypasionym turnieju MMA o tytuł najlepszego zawodnika mieszanych sztuk walki na całym świecie i okolicach.

No to znacie już cały film w zasadzie. Nie, nie opowiedziałem go do końca, ale z pewnością jesteście w stanie wyobrazić sobie jego przebieg. Nie szkodzi jednak, bo nie jest to zwykła napieprzanka, a dramat obyczajowy, dzięki czemu, jak podejrzewam, tyle pochlebnych opinii o nim. W tym także moja.

"Warrior" to coś pomiędzy "Zapaśnikiem" a "Krwawym sportem". Nie tak poważny jak "Zapaśnik" i nie tak widowiskowy jak "Krwawy sport". Reżyserowi udało się zgrabnie połączyć nawalankę w klatce z szarym amerykańskim życiem z kredytem na dom i powojenną tematyką przez co, mimo nieprawdopodobnej historii, łatwo jest się utożsamić z bohaterami i im kibicować. Trochę może tylko żałuję, że pokazane w nich walki nie były troszkę bardziej widowiskowe, ale to nie ma żadnego wpływu na ostateczną ocenę. Po prostu pan reżyser musiał uznać, że w filmie z artystycznym zacięciem choreografia walk rodem z "Undisputed 2 i 3" będzie nie na miejscu i skorzystał z szybkiego montażu, nagłych najazdów kamery, ujęć z oddali, telewizyjnych przebitek itp. Takie jego święte prawo, filmu to nie zepsuło. Po prostu gdyby ktoś chciał popatrzeć na widowiskową napieprzankę to nie tutaj, bo, jak już rzekłem, to sportowy dramat obyczajowy (no i z drugiej strony walki MMA wyglądają tu bardziej realistycznie, więc nie wiem czemu "narzekam").

Do cockerspanielowatego spojrzenia jednego z braci do końca nie mogłem się przekonać, ale za to warto słówko wtrącić o drugim, granym przez Toma Hardy'ego, który za chwilę już będzie pewnie jedną z największych gwiazd kina. I słusznie. 8/10

PS. Trochę za bardzo kuleją tu wszyscy bez wyjątku przeciwnicy naszych braci w wielkim turnieju. Nawet ruski nie jest wcale taki straszny, a reszta to już w ogóle trzecie tło (a nie wspomnę już, że Najmana nie było, co przy takiej randze turnieju jest nieprawdopodobne :) ). Szkoda, aż się prosiło o Bolo Yeunga.

wtorek, 14 lutego 2012, quentiin
Warrior



Polecane wpisy

  • Będziesz legendą, człowieku

    O "Będziesz legendą, człowieku" było głośno odkąd tylko ten tytuł pojawił się w świadomości kinomanów i kibiców. Wybitny dokumentalista Marcin Koszałka dostał z

  • WFF - Stoichkov

    "Jestem pewien, że Itso zrobił karierę, bo dostawał ode mnie po uchu. No i miał talent. Nie można dać cieśli piłki i lać go regularnie po łbie. Nie zostanie dob

  • Ramadandu, czyli piłka nożna po indyjsku

    (via Q-Blog ) Wpadł mi w łapy zupełnym przypadkiem i nie mogłem tak po prostu zignorować tollywoodzkiego filmu o piłce nożnej. Szkoła w małej wiosce. Uczniowie

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: rrrr, *.toya.net.pl
2012/02/14 13:08:47
Bolo ma 61 lat ale pewnie chętnie by wystąpił