Blog > Komentarze do wpisu

Sportowe filmy (5) - "Death Race 2000"

Początki Rogera Cormana w przemyśle filmowym były skromne. Tuż po studiach załapał się na posadę tzw. 'story analyst' czyli gościa, który oceniał czy fabuła scenariuszy nadaje się do przeniesienia jej na ekran. Wkrótce sam napisał scenariusz, który został sfilmowany, ale z tak dużymi zmianami, że Corman się zdenerwował i postanowił działać na własną rękę. A, że nie miał zamiaru się obijać, to wkrótce za pożyczone pieniądze wyprodukował "The Monster from the Ocean Floor" i tak się zaczęła jedna z najciekawszych karier w historii Hollywood.

Filozofia pracy Cormana była prosta i jasna. Film powinno się kręcić szybko, a budżet takiego filmu powinien być jak najmniejszy. A że w młodości tkwi siła, to zatrudniał do swoich filmów młodych twórców i aktorów. Corman nie bał się także żadnego gatunku filmowego i nie stronił od kiczu. Swoją filozofię wprowadzał oczywiście w życie - budżety filmów Cormana nie przekraczały 100 tysięcy dolarów, a tempo produkcji ocierało się momentami o granice absurdu. "The Terror" z 1963 roku powstał zaledwie w... dwa dni.

W roku 1960 w ciągu piętnastu dni nakręcona została przez Cormana ekranizacja opowiadania Edgara Allana Poe, "House of Usher", która stanowiła początek kilku kolejnych ekranizacji opowiadań Poego, dzięki którym Corman już na zawsze przeszedł do historii kina. Zresztą lista jego dokonań jest imponująca, tak samo jak lista nazwisk reżyserów i aktorów, którzy u niego zaczynali. Martin Scorsese, Ron Howard, Peter Bogdanovich, Jonathan Demme, Francis Ford Coppola, Dennis Hopper, Jack Nicholson, Robert De Niro...

Nic więc specjalnie dziwnego, że właśnie w "stajni Cormana" został nakręcony jeden z bardziej dziwacznych sportowych filmów. Film ten powstał w 1975 roku, a nazywał się:

"Death Race 2000"

Ameryka przyszłości. W totalitarnym państwie jedną z niewielu rozrywek przyciągających przed telewizory cały naród jest wielki wyścig samochodowy przez całe Stany, w którym ścigają się największe sławy kierownicy. Na starcie edycji 2000 staje niepokonany od kilku lat Frankenstein (David Carradine), który na trasach poprzednich wyścigów przeżył wiele niebezpiecznych przygód. Jako jedyny wyszedł cało z okropnego wypadku w 1995 roku, a to nie wszystko, co znaleźć można na jego koncie. Frankenstein w swojej karierze był miażdżony, rozcinany, łamany i palony. W 1998 roku stracił nogę, a po wyścigu w 1999 stracił dłoń i połowę twarzy. Mimo tych wszystkich obrażeń, Frankenstein jest głónym kandydatem do zwycięstwa w milenijnym wyścigu. Zagrozić mu może jedynie najsilniejszy i najbardziej bezwzględny ze wszystkich kierowców, Joe "Machine Gun" Viterbo (Sylvester Stallone), który na powitanie oddaje parę strzałów w kierunku zgromadzonych na trybunach fanów Frankensteina. Oprócz nich na starcie wyścigu staje jeszcze pięć kobiet i trzech mężczyzn, no i zawody można rozpocząć.

Jeszcze tylko dwa słowa o regułach wyścigu, które uległy drobnej modyfikacji przed nową edycją. Otóż według nowych zasad jedna kobieta daje o 10 punktów więcej niż mężczyzna. Nastolatek to 40 punktów, a dziecko poniżej 12 lat to 70 punktów na koncie kierowcy. Najwięcej jednak punktów zyskać można za staruszków - ci po 75 roku życia to 100 punktów. Modyfikacje te były konieczne, gdyż obywatele państwa z każdą edycją wyścigu, coraz bardziej trzymają się z dala od ulic. A czemu tak robią? No to już się chyba domyślacie, prawda? Nie na darmo wyścig zwie się "DEATH Race" - ściganie połączone jest tu z rozjeżdżaniem ludzi, za których zbiera się punkty do klasyfikacji...

Sympatyczne, prawda?

"Death Race 2000" to klasyczny, jak dla mnie film, który był przebojem dawnych lat i pirackich kaset video przywożonych z giełdy. Co ciekawe raczej średnio się zestarzał. Oczywiście bije po oczach wszystko to, co stanowiło wyznacznik produkcji Cormana, czyli mały budżet i pośpiech w kręceniu, ale przymykając na to oko można mieć niezły ubaw. Oczywiście, jeśli ma się trochę zwichrowane poczucie humoru, bo nie każdemu mogą się podobać dość drastyczne reguły wyścigu. A i sam film jest brutalny i dość (choć mógłby bardziej) krwawy. Tak czy siak polecam go jako ciekawostkę. To film, których próżno szukać w dzisiejszym poprawnym politycznie kinie (choć z drugiej strony jest iskierka nadziei). No, ale kiedyś się takimi rzeczami nie przejmowano.

Na zachętę filmik:

niedziela, 19 listopada 2006, quentiin
Sportowe filmy (5) - "Death Race 2000"



Polecane wpisy

  • Będziesz legendą, człowieku

    O "Będziesz legendą, człowieku" było głośno odkąd tylko ten tytuł pojawił się w świadomości kinomanów i kibiców. Wybitny dokumentalista Marcin Koszałka dostał z

  • WFF - Stoichkov

    "Jestem pewien, że Itso zrobił karierę, bo dostawał ode mnie po uchu. No i miał talent. Nie można dać cieśli piłki i lać go regularnie po łbie. Nie zostanie dob

  • Ramadandu, czyli piłka nożna po indyjsku

    (via Q-Blog ) Wpadł mi w łapy zupełnym przypadkiem i nie mogłem tak po prostu zignorować tollywoodzkiego filmu o piłce nożnej. Szkoła w małej wiosce. Uczniowie

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: